Hardy Johny

KKO
x. Jan Kaczkowski nie przepadał, jak zwracano się do niego „Janek”. Powiedział mi to podczas drugiego dnia mojego pierwszego pobytu w Pucku w maju 2014 roku. Wiedział, że jeśli ma zostać moim dobrym kumplem, to nie ma szans, żebym zwracała się do niego „proszę Księdza”. Prędzej: „Proszę Księcia”!:). Księciem być nie chciał, księciuniem też nie. Zapytałam go więc, jak mam się do niego zwracać. Powiedział, że Jan albo Johny. Zapytałam: a może być Hardy? Zareagował żywo, więc poszłam dalej: Hardy Johny. I tak już zostało.

Johnego poznałam przez Szymona Hołownię. Szymona poznałam na tzw. własne życzenia. Potrzebowałam pomocy w fundacji podczas rozmowy z chorą podopieczną. Wiedziałam, że jest bardzo wierząca i zakładałam, że rozmowa z kimś wierzącym jej pomoże. Poza tym chciałam realizować projekt poświęcony paliatywnie chorym. Miałam poczucie, że bez „wierzącego” się nie obejdzie. Czy raczej, że nie obejdzie się bez kogoś, kto będzie umiał odpowiedzieć na pytania, na które odpowiedzi nie znałam. Nigdy nie wciskałam kitu – nie umiałam i nie chciałam.

„Tego Księdza Jana Kaczkowskiego” chciałam poznać po lekturze jego książki „Szału nie ma, jest rak”. Przeczytanie tej książki okazało się być cezurą w moich działaniach. Wiedziałam, że Szymon zna Jana. Podczas jakiejś rozmowy telefonicznej zapytałam, czy mógłby mnie jakoś z Janem zapoznać. Szymon pogadał z Janem. Pamiętam, że zadzwonił do mnie z informacją, iż Jan mnie wstępnie kupuje, byłam wtedy w CO w Warszawie u Marzeny Erm z odwiedzinami. Pamiętam sytuację, bo rozmowa z Szymonem raz, że odbyła się na szpitalnym korytarzu, a dwa, że była… kłopotliwa. Zaczęłam wypytywać, jak należy się z Janem komunikować. Poinformowałam Szymona, że oto nie mam podstawowej znajomości w regułach dotyczących postępowania z księdzem (czyt. zachowań w stosunku do księdza), że nie wychowywano mnie w wierze katolickiej, że nie byłam o komunii, nie mam bierzmowania itd. Szymona trochę zatkało, ale wykazał się właściwym sobie optymizmem:) Przez kilka dni nie mogłam się zebrać, żeby zadzwonić – przeszkodą była ta nieumiejętność postępowania w kontaktach z księdzem – poważnie, strasznie mnie to stresowało. Ostatecznie po kilku dniach zadzwoniłam. Nasza rozmowa była krótka i właściwie dla Jana pewnie sztampowa, takich zachwytów itp. doświadczał każdego dnia. Powiedziałam o tym, jak ważna jest dla mnie jego książka i że chciałabym go poznać. Umówiliśmy się, że spotkamy się przy okazji jakiegoś pobytu Jana w Warszawie.

Minęły jakieś może dwa tygodnie, dostałam sms z informacją, że Jan przyjeżdża do Warszawy 22 kwietnia, że będzie brał udział w debacie pt. „Jak… umierać?” (w namiocie Centrum Myśli Jana Pawła II na placu Zamkowym) i że mnie zaprasza. Bałam się iść sama (bałam się tej wiszącej w powietrzu kompromitacji:)). Ochoczo poszło ze mną na to spotkanie dwóch zapaleńców, wolontariuszy – Ewelina i Artur. Jana spotkaliśmy przy wejściu do namiotu, w którym odbywał się panel. Przedstawiłam się… i kompletnie nie pamiętam, co mu powiedziałam. Ewelina, Artur – może Wy pamiętacie?!:) Pamiętam tylko, że byłam cholernie wzruszona i… wyszłam zapewne na półidiotkę. Po spotkaniu chcieliśmy się z Janem pożegnać i zmyć, jednak on zaproponował, żebyśmy poszli na piwo. I poszliśmy. Na piwa i kawy. Jan nie kojarzył fundacji Rak’n’Roll, prosił, żebyśmy opowiedział mu o tym, co robimy. Więc opowiadaliśmy z Eweliną i Arturem. Zadawałam też Janowi wiele pytań. Na przykład to… o kota. Zapytałam go, czy gdybym miała znaleźć się w jego hospicjum, to czy mogłabym zabrać kota. Stanowczo powiedział, że tak. Prawdziwie mnie tym zdziwił. Z kolei Jan dziwił się, że ja się dziwię… Wtedy już wiedziałam, że to jest megaświet(l)ny gość - nie tylko, że gość i że świetny, ale że MEGA!

Podczas tego spotkania Jan powiedział nam o aktualnych wynikach badań i skierował do mnie zdanie, które przez kilka dni nie dawało mi spokoju. Powiedział, że jeśli mamy coś razem zrobić, to musimy się spieszyć, bo ma mało czasu. Kilka dni po tym spotkaniu, 27 kwietnia, napisałam do niego maila. 28-go Jan odpisał. I tak naprawdę to wtedy wszystko ruszyło z kopyta…

Przeorganizowałam pracę tak, aby za jakieś ponad dwa tygodnie móc pojechać do Hospicjum. Cieszyłam się na ten wyjazd jak dziecko i bałam się jak uczniak. Znów: jak tu postępować z księdzem. W grupie ludzi jakoś wyszło, obyło się bez wpadek, ale jak będzie face to face?!
Umówiliśmy się, że przyjadę pociągiem do Sopotu i spotkamy się w domu rodzinnym Jana przy Bohaterów Monte Cassino. Poznałam wtedy mamę Jana i jego brata Filipa. Potem ruszyliśmy. Jeszcze w Sopocie odwiedzaliśmy salony optyczne – Jan uszkodził okulary. Zaliczyliśmy dwa salony, jednak ceny były zaporowe – Jan musiał mieć specjalistyczne szkła itd. W końcu zrezygnowaliśmy, Jan przypomniał sobie, że jego kolega ze szkoły prowadzi salon optyczny. Zadzwonił do niego i umówili się, że kolega przyjedzie do niego do Pucka z jakimiś propozycjami.

W drodze do Pucka gadaliśmy już jak starzy kumple. Jan opowiadał mi o rodzicach, siostrze, bracie, szwagierce itd. Ja mu opowiadałam, a właściwie odpowiadałam na pytania, które mi zadawał. Powiedział mu wtedy też o tym braku komunii itd. Chciałam, żeby wiedział, że ma „lewaczkę” na pokładzie. Ku mojemu zdziwieniu żadnej spiny nie było, wręcz jakieś zadowolenie. Dziś rozumiem skąd się brało, ale wtedy absolutnie nie wiedziałam. Jan naprawdę lubił ludzi, szczególnie tych o innych poglądach. Tyle tylko, że szybko się okazało, że większość poglądów mamy analogicznych… bądź podobnych.

W Pucku przywitała nas zastępczyni Jana, Ania Jochim-Labuda. Jan przedstawił mnie ekipie. Przed przyjazdem do Pucka kazał mi zabrać najnowsze badania, pytał mnie też o dietę, powiedział, że pójdę na rozmowę do dietetyczki, która ustali mi dietę na miejscu, bo nie może dopuścić, żebym zmarniała i musi sprawdzić, czy nadaję się do pracy. Takie prezesowskie gadki szmatki. Nawet kiedy na miejscu mówił mi, że mam za chwilę iść na konsultacje do Karoliny Gorzkiewicz, hospicyjnej, dyplomowanej specki od odżywania, myślałam, że robi to z grzeczności itd. I też grzecznościowo olewałam te zalecenia. Nie przyjechałam do Pucka, żeby być pacjentem i – sic! - chodzić po lekarzach. Jan widział, że się migam. Więc pod pozorem pokazania mi gabinetów w przychodni paliatywnej, znajdującej się w hospicjum, zaprowadził mnie do Karoliny. Było poważnie - była analiza badań, było ważenie, ustalenie diety itd. i zalecenia. I jasna zasada: nie mogę ważyć mniej, jestem pod granicą, nie można dopuścić, żeby było gorzej. Byłam w szoku. Pierwszy raz ktoś w taki sposób w tym zakresie zajął się mną. Mną – wtedy prezeską fundacji Rak’n’Roll. W hospicjum strasznie o mnie dbali i to pod każdym względem. Poznałam tam naprawdę kochanych ludzi, m.in. panią Eugenię Palubicką, wówczas szefującą w kuchni.


Do Pucka przywiozłam sporo rekwizytów, prezentów dla pacjentów, rzecz jasna kolorowych. Część została dosłana z fundacji z Warszawy, nie mogłam się z nimi zabrać. Przed wyjazdem do Pucka zastanawiałam się, co mogę przywieźć pacjentom. Zapytałam nawet o to Jana. Powiedział, że nic nie trzeba, itd. Ale nie dawało mi to spokoju. Chciałam mieć cokolwiek. I wymyśliłam: kolorowe skarpety, kubki i figurki (głównie żaby), kolorowe lizaki. Jak wyjeżdżałam po ponad tygodniu z Pucka… większość chorych na nogach miała te kolorowe skarpety…




Podczas pobytów w Pucku Jan zabierał mnie ze sobą niemal wszędzie. Jeździłam z nim do sklepów branżowych (zlecił wykonanie sztandaru wolontaryjnego, było tam pełno wdzianek księżowskich:)), znajomych, parafian, na msze, spotkania z fanami itd., pokazał mi szkołę, w której uczył. Szczególnie miło pamiętam wizytę w Żelistrzewie, byliśmy tam na mszy, którą Jan odprawiał i później na kolacji u miejscowego księdza. Dla mnie kosmos – nie ukrywam. Jan prosił mnie abym z auta do zakrystii zaniosła jego książki „Szału nie ma…”, sam śpieszył się na mszę. Problem był tylko taki, że ja nie wiedziałam, jak należy do tej zakrystii wejść… przez ołtarz przejść?? Na szczęście ruchem na miejscu, w kościele, kierował Robert Brzostwoski i podpowiedział mi co i jak mam zrobić. Wniosłam te książki – kilka kartonów. Msza już trwała, musiałam zająć najbliższe wolne miejsce. I niestety wyszło na to, że karne.. w pierwszym rzędzie. Właściwie tylko ten pierwszy rząd był wolny, kościół był wypełniony niemal po brzegi. Jan nie omieszkał wskazać mnie palcem i przedstawić… Hardkor i disco. Po mszy było spotkanie z Janem. Sprzedawałam jego książki, on je podpisywał. Cała kasa jak zwykle szła na hospicjum.

Tego dnia poznałam Kasię i Roberta Brzoskowskich, dobre duchy, towarzyszy Jana. Później, kiedy przyjeżdżałam do Pucka, punktem obowiązkowym w naszym rozkładzie jazdy była wizyta na pysznej kolacji u nich.






*
Facet od okularów – Adam Kujawski, na serio przyjechał do hospy. Przymierzaliśmy okulary. Właśnie wtedy Hardy dał się nam namówić na czarne, małe okrągłe oprawki – hipsterskie oksy, jak mówił.

*
2 września 2014 roku Jan był na moim weselu wraz z Tatą, Józefem, zwanym Ziukiem. Papierosa wypalił podczas imprezy weselnej wraz z Anią Grodzką. Na drugi dzień, podczas śniadania, Ania poprosiła go o autograf w książce „Szału nie ma, jest rak”.

Kiedy zapraszałam Jana na ślub, odpowiedział mi w sobie właściwy sposób: czyli ty jesteś tradycjonalistką!??

*
Jan już podczas mojego pierwszego pobytu w Pucka prosił, abym pomogła mu w wymyśleniu czegoś „na petardzie” na piąte urodziny hospicjum stacjonarnego. Co i jak nam wyszło wszyscy mogą sprawdzić. Zagrała Luxtorpeda – Jan sobie ich wymarzył, słyszał ich kawałek w radiu podczas jazdy samochodem, nie dawał mu spokoju. Pamiętam, jak siedzieliśmy w gabinecie Jana i we trójkę, z asystentką Jana - Agnieszką Lipińską, próbowaliśmy ustalić o jaką piosenkę mu chodzi. Ustaliliśmy. Chodziło o utwór pt. „Pusta studnia”. 19 września 2014 roku Puckie Hospicjum otrzymało „Super Hospę”. To na bazie pilotażowych doświadczeń puckich stworzyłam kryteria do tego projektu. Kryteria, które dla mnie i Jana były oczywiste, jak i złota zasada – sprawdzenie, jak działa dana placówka w trakcie obligatoryjny pobyt na wolontariacie przed przyznaniem certyfikatu. Oczywiście nie tyle tygodni, ile łącznie spędziłam Pucku, ale 7 dni to dobry czas, aby mieć pewność.

Na obchody przyjechało pełno tzw. oficjeli. Ale byli też przyjaciele Jana i rodzina. Mama Jana zawsze podziwiała moją fryzurę zlakierowaną na maxa i zgumowaną. Mówiła, że guma do włosów jest trudna w zastosowaniu i nie umie jej używać. Obiecałam, że kiedyś jej pokażę, jak sobie z tymi specyfikami radzę, ale ostrzegałam też, że to trudna sprawa i że efektownie poradzić sobie z tymi twardymi, krótkimi włosami jest cholernie trudno!:)



*
Wiosna, lato i jesień 2014 to najintensywniejszy czas naszej znajomości. Jan żartobliwie przedstawiał mnie lokalnie w tym czasie jako swoją „najintensywniejszą znajomość”. Często nazywał mnie też publicznie lewicówką bądź lewaczką. Postanowiliśmy na zasadzie kontrastu naszych (niby) przekonań zwrócić uwagę na nasze wspólne działania. W tej konwencji wystąpiliśmy m.in. w programie „Po przecinku” prowadzonym przez Hannę Lis.

*
Czy boisz się śmierci? – zapytał mnie Jan, kiedy szliśmy pożegnać mężczyznę, który zmarł w hospie przed kilkoma minutami. Dzień wcześniej rozmawialiśmy z nim podczas obchodu. Chyba nie – odpowiedziałam. Poszliśmy.

*
W swoim gabinecie w hospicjum w Pucku, Jan powiesił plakaty, które mu przysłałam. Podczas któregoś pobytu powiedziałam mu, że ma się lepiej ogarnąć, bo trochę pusto w tym jego gabinecie, ściany puste, białe. Po moim wyjeździe zamówił regał na książki i szafkę, powiesił plakaty, zmobilizował się, o czym z radością informowała mnie Agnieszka Lipińska, asystentka Jana. Podczas rozmowy telefonicznej zapytałam go, jak wygląda „pieczara gabinetowa”. Odpowiedział mi: no, trochę kapsydowo.

*
Johny odprawił mszę za zmarłych w intencji mojej mamy. Powiedział, że odprawia ją w prezencie dla mnie, nie kazał mi za nią płacić. Byliśmy podczas tej mysz we dwoje. Zapytałam Jana co mam robić w trakcie. Powiedziałam, że nie znam modlitw. Odpowiedział: módl się jak potrafisz.

*
O stanie chorych, których poznałam podczas pobytów w Pucku, Jan informował mnie telefonicznie. Kilku osobom pomagaliśmy fundacyjnie. Jan zgodził się zaopiekować śp. Jackiem Szymczakiem, zresztą obiecał mi, że jeśli kiedyś będę potrzebowała pomocy Jana i hospicjum, to mogę na nich liczyć. Zorganizowaliśmy transport Jacy. Myślę, że Pucku było Jacy dobrze...
Johny relacjonował mi spotkania Pomorskiej Grupy Wsparcia przy Puckim Hospicjum, którą powołałam do istnienia w marcu 2015 roku ustanawiając Rafcia, ś.p. Rafała Zawidzkiego szefem. Jan często bywał na spotkaniach PGW.


*
W 2014 i 2015 roku widywaliśmy się też w Warszawie podczas uroczystości, na których Jan otrzymywał nagrody. Informował, kiedy i gdzie przybywa i ustawialiśmy się. Któregoś razu - Kardynał Nycz wręczył Janowi Nagrodę w kościele („Pontifici. Budowniczemu Mostów” przyznaną przez Klub Inteligencji Katolickiej „za zasługi w szerzeniu wartości dobra wspólnego, dialogu i poświęcenia na rzecz bliźnich”) , organizatorzy poprosili mnie o krótkie przemówienie. Coś tam powiedziałam… Wcześniej, podchodząc do Jana, wręczyłam mu figurkę drewnianego kota i go uściskałam. Jan szepnął wtedy: Kapsyda, robimy dym! Chyba nie był specjalnie zadowolony z mojego przemówienia – dymu nie zrobiłam. Byłam zbyt wzruszona. Ale powiedziałam, że Kaczkowski czyni cuda, bo oto pierwszy raz w życiu przemawiam w kościele!:)

Pojechaliśmy razem na TEDex do Bydgoszczy, gdzie oboje mieliśmy wystąpienia – z Janem można było konie kraść…












*
Czy Jan miał wady?
Trafnie napisał Andrzej Luter we wpisie na facebooku: „Nie był człowiekiem łatwym. Kochano go w wymiarze publicznym, dzięki mediom, które potrafił zaanektować dla wielkiej i wspaniałej sprawy, której służył. Był świadkiem ewangelii, w najczystszej formie. Ci którzy go znali bliżej uwielbiali go, albo tylko szanowali, często mówili, że jest z niego niezła cholera, trudna we współpracy”.

*
Podczas któregoś z moich pobytów w hospie, współpracowniczka zwróciła się do Jana „Księże Prezesie”. Wypaliłam: Jan, czy ja do cholery jestem w Toruniu? Jan w śmiech. Wszyscy w śmiech.

***
O tym, że stan zdrowia Jana się pogarsza poinformował mnie Robert Brzoskowski w grudniu zeszłego roku. Zadzwoniłam wtedy do Jana. O tym, że tym razem prognozy są naprawdę złe i sytuacja jest podbramkowa poinformował mnie w pierwszej połowie stycznia Piotr Szeląg, przyjechał do Warszawy, poszliśmy na kawę. O stanie Jana poinformowała mnie tego dnia telefonicznie Magda, siostra Jana.

Z Janem pół-ostatecznie (bo nie ostatecznie) rozmówiliśmy się telefonicznie. Powiedzieliśmy sobie kilka ważnych zdań. Za cholerę nie chciałam później wypowiadać więcej. Może dlatego, że nie chciałam się z nim pożegnać. W ostatnich tygodniach wysyłałam mu sms i mmsy: cmoki i zdjęcia moich kotów, których zdjęcia lubił. Zdjęcie Charliego, mojego czarno-białego kota, wysłałam mu w sobotę. W niedzielę zdjęcie świąteczne.
Mam kilka godzin nagrań z pobytów w Pucku i naszych „knuć” ogólnotematycznych. Przyjdzie czas na ich odsłuchanie. Próbowałam to zrobić we wtorek, ale mi nie szło i nie wyszło…

Wielki cmok” – to ostatnia wiadomość jaką otrzymałam od Jana, wiadomość sms. Odpowiedź na mój „cmokk”.

Hardy Johny,
jak mówiłeś: jesteśmy w wiecznym kontakcie…

WIELKI CMOK!!!
Trwa ładowanie komentarzy...